poniedziałek, 6 lutego 2017

Rozdział 11

Brak komentarzy:
Na wstępie chciałabym przeprosić za tak długi brak rozdziałów. Zaniedbałam tą historię. Przygotowuję się do mojego pierwszego egzaminu zawodowego, który będzie w czerwcu. Jednak obiecuję, że teraz rozdziały będą wcześniej! Mam ostatni tydzień ferii i postaram się dodać jeszcze jeden rozdział w sobotę :) I od razu odpowiem na częste pytanie " Dlaczego twoja Hermiona nie jest tą Hermioną, którą znamy?" Odpowiedź jest prosta! Ja ją tak widziałam w pierwszych częściach i tak ją opisałam ;)


   Sie­dzia­łam wła­śnie przy stole słu­cha­jąc wywo­dów Draco. Chło­pak nie mógł uwie­rzyć jak potrak­to­wa­łam naszą dru­żynę. Jed­nak ja byłam zado­wo­lona z mojej decy­zji. Nie chcia­łam być szu­ka­jącą, ba! Nawet się do tego nie nada­wa­łam. Liczy­łam, że po jed­nym tre­ningu wywalą mnie na zbity pysk, jed­nak napo­tkała się oka­zja więc z niej sko­rzy­sta­łam. Nie inte­re­suje mnie czy teraz bedą mnie nie­na­wi­dzić. Pod­nio­słam głowę, sły­sząc na­dal traj­ko­cze­nie Mal­foya. Uśmiech­nę­łam się lekko widząc bliź­nia­ków, któ­rzy mi machali.
– Słu­chasz mnie w ogóle?
– Nie.
   Usły­sza­łam tylko wetsch­nię­cie, które mogło ozna­czać tylko jedno. Draco był zły, a to nie wróży niczego dobrego mojej oso­bie. Nie chcąc bar­dziej go dener­wo­wać wsta­łam od stołu i ruszy­łam w stronę drzwi.
Wycho­dząc z wiel­kiej sali skie­ro­wa­łam się głę­bią kory­ta­rza na dzie­dzi­niec, który był zapeł­niny uczniami. Chcia­łam w spo­koju usiąść na jed­nej z ławek i nic nie robić. Po pro­stu odpo­cząć. Nie było mi to jed­nak dane. Nie­da­leko widzia­łam Ginny, sio­strę Weasleyów, a na około niej śli­zgonki z mojego roku. Nabi­jały się z jej rodziny, dziew­czyna widocz­nie nie zwra­cała na nie uwagi, ale ja nie mogłam zosta­wić tego tak. Szyb­kim kro­kiem pode­szłam do grupki, która śmiała się w nie­bo­głosy.
– Jakiś pro­blem? – zapy­tałam sta­wa­jąc obok Ginny.
– Spo­koj­nie Alex, nic się nie­dzieje. – blon­dynka zasło­niła usta ręką tłum­jąc śmiech.
– Wiem co widzia­łam, zostaw­cie ją w spo­koju.
– No pro­szę, obroń­czyni uci­śnio­nych. Może zło­żymy się dla Cie­bie na swe­ter " Kocham Weasleyów”?
   Kiedy mia­łam coś powie­dzieć przede mną sta­nęły dwie wyso­kie posta­cie. Widząc ich czer­wone czu­pryny od razu wie­dzia­łam kto to. Fred spoj­rzał z góry na dziew­czyny, które ucie­kały wzro­kiem. George nato­miast lekko się uśmiech­nął. Bliź­niacy jak na swój wiek byli na prawdę gigan­tyczni, więc nie dzi­wi­łam się śli­zgon­kom, że się wystra­szyły. Dziew­czyny spoj­rzały na sie­bie i w popło­chu ode­szły. Każdy wie­dział na co są zdolni bliź­niacy jeśli cho­dzi o ich rodzinę. No bo nie oszu­kujmy się, nikt nie lubi łaj­no­bomb.
– Wszystko ok? – spoj­rza­łam na dziew­czynę.
– Tak, dzię­kuję.
– Pole­cam się na przy­szłość. – uśmiech­nę­łam się.
– Ledwo z ziemi widać, a jaka bojowa. – zaśmiał się Fred.
– Uwa­żaj Fred, bo jesz­cze nas pobije! – George szturch­nął mnie w ramie, na co się roześmia­łam.
– Wła­ści­wie to chcia­łem z Tobą poroz­ma­wiać Alex. – spoj­rza­łam na Freda, który spo­glą­dał na mnie z nadzieją, że zgo­dzę się na tą roz­mowę. Nie byłam pewna o co może mu cho­dzić, nic nie mogłam wyczy­tać z jego brą­zo­wych oczów. Nie­pew­nie poki­wa­łam głową, a chło­pak chwy­cił mnie za rękę. Zdą­rzy­łam tylko spoj­rzeć na zdzi­wioną Ginny, która patrzyła to na mnie to na Georga. Szyb­kim kro­kiem szłam za chło­pakiem. Zmie­rzał on w stronę jed­nego z drzew. Nie było nikogo przy nim nie było. Będąc już na miej­scu chło­pak wyswo­bo­dził moją dłoń ze swo­jego uści­sku. Usiadł na tra­wie, a ja uczy­ni­łam to samo.
– Sły­sza­łem jak dzi­siaj Śli­zgoni nie zbyt pochleb­nie o Tobie mówili…– nie dając mu dokoń­czyć zda­nia ode­zwa­łam się.
– Spo­koj­nie, to nic takiego. Mało obcho­dzi mnie ich zda­nie. – uśmiech­nę­łam się w jego stronę.
– A mnie obcho­dzi- odparł – Czuję się źle wie­dząc, że tak trak­tują Cię bo roz­ma­wiamy ze sobą.
– Naprawdę Fred, jest dobrze. Nie zależy mi na rela­cjach z ludźmi, któ­rzy oce­niają innych nie pozna­jąc ich. – deli­kat­nie klep­nę­łam go w plecy na co się zaśmiał.
   Chło­pak widocz­nie po tej roz­mo­wie poczuł się lepiej i nasza roz­mowa stała się bar­dziej swo­bodna. Po upły­wie nie­ca­łych kil­ku­na­stu minut dołą­czył do nas George wraz z Har­rym, Ronem i Her­mioną. Tatiana rów­nież zaszczy­ciła nas swoją obec­no­ścią, jed­nak nie na długo. Musiała zała­twić parę rze­czy przez co naj­zwy­czaj­niej bra­ko­wało jej czasu.
To był pierw­szy raz kiedy wszy­scy razem spo­tka­li­śmy się i obyło się bez żad­nej kłótni. Zau­wa­ży­łąm, że nawet Her­miona jest dla mnie mil­sza. Dzień jed­nak nie trwa wiecz­nie, po kola­cji i kolej­nej dawce narze­kań Draco co swoją drogą robiło się coraz nud­niej­sze, posta­no­wi­łam zakoń­czyć ten niby kon­flikt.
– Dobra koniec – spoj­rza­łam na bia­ło­wło­sego – Nie chcia­łam po pro­stu kłotni, dostali zezwo­le­nie wcze­śniej, więc nale­żało im się boisko.
– Tylko tyle masz mi do powie­dze­nia?– zapy­tał obu­rzony.
– To ja powin­nam być obra­żona, nie sta­ną­łeś w mojej obro­nie!– powie­dzia­łam smutno na niego patrząc.
– Ehhh, niech Ci będzie. Wyba­czam.
   Westch­nę­łam cicho, ale obda­rzy­łam go uśmie­chem. Po zje­dze­niu posiłku jako pierw­sza z Sly­the­rinu posta­no­wi­łam udać się do swo­jego domi­na­to­rium. Byłam wyjąt­kowo zmę­czona. Idąc w stronę lochów, na wyło­żo­nej mar­mu­rem podło­dzę zoba­czy­łam czarny skó­rzany notes. Zdzi­wiona schy­li­łam się i chwy­ci­łam go.          Rozej­rza­łam się czy może gdzieś nie jest jego poten­sjalny wła­ści­ciel. Nie widząc jed­nak nikogo posta­no­wi­łam zabrać go do swojgo pokoju. Tam spraw­dzę do kogo mógł nale­żeć, a następ­nego dnia zwrócę go.
Nie zajęło mi dużo czasu dotar­cie do pokoju zajęło mi dosłow­nie pięć minut. Odło­ży­łam notes na biurko. Usia­dłam na drew­nia­nym krze­śle i odwo­rzy­łam przedmiot. Zawio­dłam się widząc, że jest pusty. Nig­dzie nie wid­niał nawet pod­pis do kogo mógł nale­żeć. Nagłe wsko­cze­nie na biurko kota Kle­men­tyny spra­wiło, że pojem­ni­czek z atra­men­tem lezacy nie­da­leko roz­lał się. Na mój pech na notat­nik. Rozej­rza­łam się w poszu­ki­wa­niu jakieś chu­s­teczki. Jed­nak widząc, że wszystko wsiąka w kartki nie zosta­wia­jąc po sobie śladu spra­wiło, że przez chwilę nie wie­dzia­łam co się dzieje wokół mnie. Jed­nak napis, który poja­wił się po sekun­dzie spra­wił, że wró­ci­łam do żywych.

” Dla­czego nisz­czysz moją wła­sność?”
Spo­glą­da­łam jak poje­dyń­cze literki zni­kają. Nie­pew­nie chwy­ci­łam pióro i macza­jąc je w tuszu, roz­my­śla­łam nad odpo­wie­dzią. Westch­nę­łam i szybko odpi­sa­łam.
” To nie było celowo. Kim jesteś? Chcę oddać Ci notat­nik. „
” Nazy­wam się Tom Marvolo Rid­dle. „
” Nie sły­sza­łam o nikim takim…"
” Ten pamięt­nik to tylko moja dusza, wła­ści­cielką notat­nika jest Ginny Weasley. „
  Nie chcia­łam już mu nic odpi­sy­wać, nie czu­łam się zbyt prze­ko­nana co do tego przedmiotu. Odło­ży­łam pióro i chcąc już go zamknąć, zauwa­ży­łam jak Tom odpo­wiada mi. Po kilku sekun­dach na kartce poja­wił się mój por­tret przez co poczu­łam dresz­cze. Szybko zamknę­łam to. Wrzu­ci­łam go do torby. Skąd Ginny to wytrza­snęła? Moje roz­my­śle­nia prze­rwała roze­śmiana Pansy.
– Nie uwie­żysz Alex, ta sio­stra Weasleyów cho­dzi po kory­ta­rzu i pyta wszyst­kich czy widzieli jej pamięt­nik. – opa­dła na łóżko.
– I co w tym śmiesz­nego?
– Ma czel­ność myśleć, że ktoś z nas pomoże zdrajcu krwi?
   Westch­nę­łam i spoj­rza­łam na trobę. Nie­chęt­nie wyję­łam zeszyt i nie przej­mu­jac się woła­niami Pansy wyszłam z domi­na­to­rium. Jak naj­szyb­ciej mogłam wyszłam na kory­tarz. W oddali widzia­łam małą dziew­czynkę, która kie­ro­wała się w stronę scho­dów.
-Ginny! – krzyk­nę­łam, a rudo­włosa odwró­ciła się. Pod­bie­ga­jąc do niej wycią­gnę­łam rękę, w któ­rej trzy­ma­łam zeszyt.
– Dzię­kuję Alex! Bałam się że już go nie znajdę. – uśme­ich­nęła się lekko.
– Nie ma za co, tylko Ginny…– wes­tchnę­łam- Skąd Ty to masz, i dla­czego…
– Już wiesz? Pro­szę nie mów moim bra­cią, Tom jest nie­szko­dliwy.– mówiła obra­ca­jac się.– Jest moim przy­ja­cie­lem.
– Dobrze, ale uwa­żaj na sie­bie. – powie­dzia­łam patrząc jak odcho­dzi.

czwartek, 20 października 2016

Rozdział 10

3 komentarze:
    Piąt­kowe popo­łu­dnie, a ja muszę iść do biblio­teki po potrzebne mate­riały do wypra­co­wa­nia z elik­si­rów. Nie był to ciężki temat i spo­koj­nie zda­rzy­ła­bym napi­sać całą pracę w nie­dzielne popo­łu­dnie, ale jutro mam tre­ning, a nie­dzielę chcia­ła­bym spę­dzić na leniu­cho­wa­niu. Zaraz po lek­cjach poszłam do swo­jego domi­na­to­rium gdzie zmie­ni­łam swój mun­du­rek na nieco wygod­niej­sze rze­czy. Z torbą na ramie­niu opu­ści­łam swój pokój. Spraw­dza­jąc, czy aby na pewno zabra­łam ze sobą per­ga­min i atra­ment, weszłam do pokoju wspól­nego. Przy kominku sie­dzieli pią­to­roczni, zawzię­cie o czymś dys­ku­to­wali. Nato­miast na kana­pie sie­działy naj­więk­sze plot­kary z trze­ciego roku. Jak naj­szyb­ciej ruszy­łam w stronę kory­ta­rza, nie chcia­łam, żeby mnie zacze­piły. Wycho­dząc wpa­dłam na Mar­cusa Flint’a. Chło­pak grał w repre­zen­ta­cji Sly­the­rinu w Quid­dit­chu. Dopiero teraz mia­łam oka­zje się mu przyj­rzeć. Był dużo wyż­szy, miał rów­nież czarne włosy i wiel­kie zęby. Chło­pak zlu­stro­wał mnie od stóp aż po głowę. Byłam gotowa na jeden z jego uwag, lecz ku mojemu zdzi­wie­niu prze­pro­sił mnie i wszedł do pokoju głów­nego.
   

     Obej­rza­łam się za sie­bie i przez chwilę tak sta­łam, no tak jak mogłam zapo­mnieć. Musiał sobie przy­po­mnieć, że przy­jaź­nie się z Draco, tym samym chłop­cem, który ufun­do­wał nowy sprzęt dru­ży­nie. Ostatni raz obej­rza­łam się i wol­nym kro­kiem uda­łam się w stronę biblio­teki.
Będąc już, na kory­ta­rzu spo­strze­głam, że sporo uczniów prze­sia­duje na kamien­nych para­pe­tach. Nie dzi­wi­łam im się ani tro­chę, za oknem pogoda nie zachę­cała.
– Alex! – sły­sząc znany mi głos, zatrzy­małam się, już po chwili obok mnie sta­nął Fred. Rudzie­lec uśmiech­nął się i poka­zał mi swój per­ga­min. – Pew­nie idziesz do biblio­teki, prawda?
– Tak Fred­die. – odwza­jem­ni­łam uśmiech.
– Ja rów­nież, więc spę­dzisz popo­łu­dnie w dobo­ro­wym towa­rzy­stwie. – rzekł poważ­nie.

     Zaśmia­łam się i zaczę­łam iść w stronę wiel­kich drzwi. Fred otwo­rzył je i prze­pu­ścił nas. Rudzie­lec od razu ruszył w stronę ksiąg z działu wróż­biar­stwa, ja nato­miast zaczę­łam prze­glą­dać książki z elik­si­rów. Dwie wydały mi się odpo­wied­nie do tematu wypra­co­wa­nia. Z oka­zale wyglą­da­ją­cymi pod­ręcz­ni­kami pode­szłam do stołu. Usia­dłam, wyj­mu­jąc swoje rze­czy. Nie musia­łam długo cze­kać na poja­wie­nie się Freda, chło­pak poło­żył swoje rze­czy i usiadł naprze­ciwko mnie. Oparł się i prze­czy­tał pierw­sze strony wybra­nej książki.
Na per­ga­minie zapi­sa­łam może z trzy zda­nia, kiedy zauwa­ży­łam idą­cego brata Freda. Od razu pozna­łam Percy’ego, chło­pak ze zdu­mie­niem spo­glą­dał na nas. Pod­szedł i odchrząk­nął. Fred­die ode­rwał się od wcze­śniej­szego zaję­cia i spoj­rzał na brata.
– Kto Cię zmu­sił, żebyś tu przy­szedł? – mówił zdu­miony.
– Nie chcia­łem iść sam, a Alex szła, to się prze­mo­głem. – odparł.
– Nie­sa­mo­wite-rudzie­lec spoj­rzał na mnie-masz na niego dobry wpływ.
– Percy idź sobie, prze­szka­dzasz mi. – Fred wywró­cił teatral­nie oczami-A póź­niej kablu­jesz rodzi­com, że mam słabe oceny.
Percy wymam­ro­tał coś pod nosem i odszedł. Fred ze satys­fak­cją iż prze­go­nił star­szego brata, powró­cił do czy­ta­nia. Po dłuż­szej chwili zła­pał jed­nak za pióro i zaczął zapeł­niać per­ga­min dłu­gimi zda­niami. Uśmiech­nę­łam się pod nosem i rów­nież wró­ci­łam do wypra­co­wa­nia.
– Wymy­śli­łem Ci ksywę. – ode­zwał się nagle chło­pak, spoj­rza­łam na niego nie­pew­nie.
– Nie chce wie­dzieć.
– I tak powiem-uśmiech­nął się-Diva.
– Diva? – zapy­ta­łam z nie­do­wie­rza­niem.
– Diva. – potwier­dził.
– Czemu?
– Bo każdy Cię lubi-zaśmiał się – Her­miona mówiła, że tak czę­sto mówi się na mugol­skie pio­sen­karki.
– Nie wszy­scy mnie lubią Fred­die.
– Ja Cię lubię. – uśmiech­nął się sze­rzej, a ja zro­bi­łam się praw­do­po­dob­nie tak czer­wona, jak jego włosy.

     Nic mu nie odpo­wie­dzia­łam, tylko powró­ci­łam do zada­nia. Zakoń­czy­łam całą pracę wypi­su­jąc źró­dła skąd wzię­łam infor­ma­cję. Zegar na ścia­nie wska­zy­wał godzinę osiem­na­stą. Nie­sa­mo­wite całe wypra­co­wa­nie zro­bi­łam w nie­całe dwie godziny. Fred rów­nież skoń­czył, po krót­kiej roz­mo­wie odnie­śli­śmy książki na miej­sce. Po wyj­ściu z biblio­teki od razu uda­łam się w stronę domi­na­to­rium. Nie byłam głodna, więc od razu poło­ży­łam się do łóżka. Po szyb­kiej kapieli, opa­dłam na łóżko. Nie jestem pewna ile zajęło mi zaśnie­cie.

***

     Usia­dłam na brzegu łóżka. Zegar oznaj­mił mi, że pozo­stało mi pół godziny do tre­ningu. Z kufra wyję­łam strój. Poranne czyn­no­ści wyko­na­łam jak naj­szyb­ciej, wiem, jaki jest Draco, gdy każe mu się cze­kać. W eks­pre­so­wym tem­pie opu­ści­łam domi­na­to­rium i popra­wia­jąc koka weszłam do pokoju wspól­nego gdzie stał Draco. Chło­pak miał lekki uśmiech na twa­rzy, a w dło­niach trzy­mał dwie mio­tły. Kiedy byłam już wystar­cza­jąco bli­sko, podał mi jedną.
– Gotowa?
– Tak, miejmy to za sobą. – wymi­nę­łam go.

***

     Cała dru­żyna poru­szała się szybko na boisko. Pora­nek był chłodny, ale słońce zwia­sto­wało nie naj­gor­szą pogodę po połu­dniu. Szłam rów­nym kro­kiem z Mal­foyem i Flin­tem. Czu­łam się dość nie­pew­nie, byłam jedyną dziew­czyną w całej dru­ży­nie, co nie­zbyt mi się uśmie­chało. Po co ja w ogóle się zgo­dzi­łam? A no tak, Draco nie dałby mi spo­koju. Wesz­li­śmy na boisko, z dru­giego końca dostrze­głam Gry­fo­nów. Zasko­czona spoj­rza­łam na Draco, który przy­brał jeden ze swo­ich uśmiesz­ków. Od razu wyczu­łam, co się święci. Oli­ver Wood kapi­tan dru­żyny Gryf­fin­doru zmie­rzał w naszą stronę z iry­ta­cją wypi­saną na twa­rzy. Za nim szła rów­nież pod­de­ner­wo­wana dru­żyna.
– Co tu robi­cie? Dzi­siaj my mamy tu tre­ning. – Oli­ver zlu­stro­wał nas od stóp po głowę.
– Mamy zezwo­le­nie od Snape. – wyszcze­rzył się Mar­cus.
– Nam pozwo­liła pro­fe­sor McGo­na­gall. – za ple­cami kapi­tana dru­żyny dostrze­głam Her­mionę i Rona. Spo­glą­dali, w moją stronę cze­ka­jąc, aż się ode­zwę.
– Kiedy dosta­li­ście pozwo­le­nie na tre­ning? – zapy­ta­łam Oli­vera, który spoj­rzał na mnie.
– Dwa dni temu.
– Mar­cus a my kiedy? – spoj­rza­łam na ciem­no­wło­sego.
– Wczo­raj. – odparł ziry­to­wany.
– Więc po spra­wie. – kla­snę­łam w dło­nie- Dzi­siaj boisko należy do nich.
– Słu­cham? Nie dość, że z łaski Cię przy­ję­li­śmy to jesz­cze masz zamiar nami dyry­go­wać? – zaśmiał się, kątem oka zauwa­ży­łam jak Fred, pio­ru­nuje go wzro­kiem.
– Nie pro­si­łam się o to. – z uśmie­chem poda­łam mu mio­tłę. – Z chę­cią odejdę, życzę powo­dze­nia ze zna­le­zie­niem nowego szu­ka­ją­cego.
– Nie możesz tego zro­bić. – Śli­zgoni spoj­rzeli na mnie spod byka.
– A jed­nak. – uśmiech­nę­łam się w stronę dru­żyny domu lwa, któ­rzy wła­śnie powstrzy­my­wali śmiech. – Nie mogę się docze­kać, aż zoba­czę Was w akcji.
Na pię­cie odwró­ci­łam się i wsa­dza­jąc dło­nie do kie­szeni, ruszy­łam w stronę zamku.

piątek, 9 września 2016

Rozdział 9

Brak komentarzy:


Pociąg w końcu zatrzy­mał się. Gajowy cze­kał już z lampą na pierw­szo­rocz­nych woła­jąc ich naj­gło­śniej jak potra­fił. Wysia­dłam z pociągu i rozej­rza­łam się. Nie­da­leko stała Her­miona z nie­zbyt wesołą miną. Cie­kawe gdzie Harry i Ron? Nie dane było mi roz­my­śla­nie o tej dwójce bo tuż obok mnie sta­nął Draco z ponurą miną. Widocz­nie był czymś ura­zony. Przyj­rza­łam się gry­ma­sowi na jego twa­rzy i sta­ra­łam się nie zaśmiac. Chło­pak spoj­rzał na mnie i wska­zał na powozy. Miał zamiar się do mnie nie odzy­wać? Wyw­ró­ci­łam oczami i posłusz­nie pode­szłam do powozu. W środku sie­dział już Mal­foy i jego goryle. Obok pla­ty­no­wło­sego natych­mia­stowo zostało zjęte miej­sce przez Pansy. Widząc, że został mi mały skra­wek wol­nego miej­sca obok Goyla posmęt­nia­łam.
Czu­jąc dłoń na ramie­niu, odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam burzę rudych loków. Usmiech­nę­łam się ser­decz­nie i przy­tu­li­łam Tatianę, którą nie widzia­łam przez całe dwa mie­siące. Dziew­czyna spoj­rzała z nie­chę­cia na Mal­foya, który z dumą spo­glą­dał przed sie­bię. Jej wzrok następ­nie spo­czął na mnie. Kiw­nęła głową w stronę dru­giego powozu. Sie­dzieli tam bliź­niacy, Lee Jor­dan i blon­dynka, którą koja­rzy­lam ze szkoły. Uśmiech­nę­łam się do rudo­wło­sej i spoj­rza­łam na Draco.
– Usiąde z Tatianą ok? – spoj­rza­łam na chło­paka, który tylko mach­nął ręką.
– No jasne idź. – odparł sar­ka­stycz­nie, a ja nie chcąc wni­kac dalej naj­zwy­czaj­nie w świe­cie poszła z Tatianą.
Kiedy tylko usia­dłam z Tatianą obok blon­dynki Fred i George zaczęli snuc teo­rie spi­skowe. Uwa­żali bowiem, że teraz mogą znik­nąc gdyż odbie­rają przy­ja­ciółkę samego Mal­foya. Słu­cha­jąc tego co chwile wybu­cha­łam śmie­chem. Kiedy skoń­czył im się wątek posta­no­wili przed­sta­wic mi dziew­czynę sie­dzącą obok. Miała białe włosy i dzi­waczne oku­lary.
– Alex poznaj to Luna Love­good -Fred uśmiech­nął się w stronę dziew­czyny.
– Jest w moim domu. dodała Tatiana z uśmie­chem.
– Miło mi Cię poznać, Luno. – spoj­rza­łam na dziew­czynę, która odło­żyła maga­zyn o nie­zna­nych cza­ro­dzie­jom stwo­rach.
– Mi także, Alex. – powie­działa swoim miłym gło­sem.
– Dobra skoro każdy już się zna to …– Geogrge spoj­rzał na swo­jego brata, który zaraz dokoń­czył jego myśl.
– Widział ktoś Harry’ego i Rona?– Fred spoj­rzał poważ­nie na nas, a ja tylko spoj­rza­łam na jadące za nami powozy. Nig­dzie nie widziała rudej czu­pryny Rona i  Harry’ego.
Znik­nęli jak kamień w wodzie. Spoj­rza­łam na bliź­nia­ków i pokrę­ci­łam głową na „nie”. Fred i George widocz­nie byli zanie­po­ko­jeni znik­nię­ciem brata i jego przy­ja­ciela. Nie dzi­wi­łam im się, mieli dobre rela­cje cho­ciaż zda­rzało im się wyciąc nie raz mu kawał. Tatiana chcąc roz­luź­nic atmos­ferę opo­wie­działa o swo­ich waka­cjach i pro­ble­mach z rodzeń­stwem. Widocz­nie musiało to roz­ba­wic rudziel­ców, bo zapo­mnieli o zmar­twie­niach i śmiali się razem z nami.
– Wiesz co Alex?– nagle ode­zwała się Luna, spoj­rza­łam pyta­jąco na nią, a ta dokoń­czyła myśl.– Cza­sami przy­glą­da­łam się Tobie na prze­rwach. Uwa­żam, ze Ty i Harry jeste­ście do sie­bie podobni.
– Ty też to zauwa­ży­łaś?– Tatiana dołą­czyła się do dys­ku­sji. Ja tylko spoj­rza­łam na nie z podnie­sioną brwią.
– Chce­cie mi powie­dziec, że wyglą­dam jak dwu­na­sto­letni chło­piec?– po tych sło­wach Fred zaśmiał się, a George tylko scho­wał twarz w dło­niach.
– Cho­dzi o to, że…– roz­po­częła Tatiana – Cza­sami patrząc na Was można pomy­ślec, ze jeste­ście rodziną.
– Tak, oboje macie czarne włosy, podobny uśmiech…– wyli­czał Geogre.
– Dwie nogi, parę rąk, oczy, nos…– doda­wał Fred.
– Rozu­miem. – zamy­śli­łam się.
Przez resztę drogi, aż do łódek nikt się nie ode­zwał. Wła­ści­wie cisza pano­wała, aż do dotar­cia do wiel­kiej sali. Nur­to­wało mnie dla­czego myśleli, że jestem podobna do Harry’ego. Jest moż­li­wośc, że jest jakąś moją daleką rodziną, ale Snape by mi o tym powie­dział, prawda? Albus Dum­ble­dore wygła­szał coroczną prze­mowę, patrząc co chwilę na każ­dego z uczniów. Jego wzrok zazwy­czaj lądo­wał na psot­nych bliź­nia­kach. Poło­ży­łam dło­nie na stole i swój wzrok przy­ku­łam na obra­żo­nej twa­rzy Draco.
– Jesteś zły?– zapy­ta­łam, a chło­pak tylko spoj­rzał na mnie.
– Tak.– krótka odpo­wiedz spra­wiła, że uśmiech­nę­łam się. Pal­cem dźgnę­łam go w bio­dro.Draco spoj­rzał na mnie i nie mógł powstrzy­mac uśmie­chu.
– Nie gnie­waj się. – zaśmia­łam się.
– Ostatni raz Ci wyba­czam.– odparł poważ­nie.
– Draco czy ja Ci przy­po­mi­nam Pot­tera?– po tym pyta­niu podniósł brew do góry.
– Oczy­wi­ście że nie! Skąd Ci w ogole przy­szło to do głowy?– jego obu­rze­nie można było wyczuc na kilo­metr.
– Nie wiem.– skła­ma­łam i spoj­rza­łam na potrawy, które wła­śnie się poja­wiły.– Ostat­nio ktoś mi powie­dział, że wyglą­damy jak rodzeń­stwo i zaczy­nam w to wie­rzyc.
– Nie żar­tuj sobie nawet. Nie jeste­ście ani tro­chę podobni do sie­bie.– prze­ko­ny­wał mnie, w tym samym cza­sie nakła­da­jąc sobie pierś z kur­czaka na talerz.
Nic juz mu nie odpowie­działam tylko spoj­rza­łam na stół Gryf­fin­doru. Nadal ni­gdzie nie było Harry’ego i Rona, dodat­kowo po przy­dziale znik­nęła pro­fe­sor Mcgo­na­gall

***
Pierw­szy dzień szkoły zawsze jest ciężki. Po dwóch dłu­gich mie­sią­cach waka­cji, wsta­wa­nie o szó­stej trzy­dzie­ści wydaję się nie­moż­liwe. Cóż musia­łam tego doko­nać. Poranne czyn­no­ści wycho­dziły mi wyjąt­kowo ocię­żale. Umyta i ubrana, z łóżka zabra­łam swoją torbę. Przerzu­ciłam ja przez ramię i chwilę póź­niej prze­cho­dzi­łam przez pokój wspólny. Zau­wa­ży­łam jak Draco roz­ma­wia z aktu­al­nym kapi­ta­nem dru­żyny sli­zgo­nów. Z każ­dym sło­wem Mal­foya, pią­to­kla­si­sta uśmie­chał się sze­rzej. Nie cze­ka­łam na chło­paka szybko wyszłam na kory­tarz. Kilka chło­pa­ków z ostat­niego roku o mało nie wepchali mnie na ścianę, wybie­ga­jąc z pokoju wspól­nego. 
Nie zwró­cili na mnie naj­mniej­szej uwagi, i ruszyli bie­giem w stronę jadalni. Uczy­ni­łam to samo. Szyb­kim kro­kiem, prze­mie­rza­łam lochy. Na szczę­ście droga nie zajęła mi wiele czasu. Kiedy tylko zna­la­złam się na kory­tarzu, w oczy rzu­ciła mi sie ruda czu­pryna. Ron stał obok Harry’ego, a nie­da­leko krę­cili się bliź­niacy. Mia­łam ochotę wypy­tać Pot­tera, czemu nie był wczo­raj na kola­cji jed­nak czu­łam, że to nie­od­po­wied­nia chwila. Westch­nę­łam cicho, a zaraz po tym poczu­łam dłoń na ramie­niu. Po mojej lewej stro­nie stał Draco z wiel­kim uśmie­chem. – Zała­twi­łem nam miej­sce w dru­ży­nie! – mówił z eks­cy­ta­cją, ja tylko otwo­rzy­łam sze­rzej oczy. – Żar­tu­jesz sobie, prawda? – mia­łam nadzieję, że przy­ja­ciel przy­zna mi rację. – Nie, opo­wie­dzia­łem chło­pa­kom o naszych zdol­no­ściach – wypiął dum­nie pierś – Dodat­kowo mój ojciec chce kupić nam nowy sprzęt. – Bez urazy, ale ja się nie nadaję. – Ty? Dobre żarty, śmi­gasz na mio­tle jakby rzu­cali czymś w Cie­bie – zaśmiał się. – Boję się zapy­tać na jakiej pozy­cji. – minę­łam go i ruszy­łam w stronę wiel­kiej sali, – Jak to jakiej! – pod­biegł do mnie – Będziesz szu­ka­jącą. Spoj­rza­łam na bia­ło­wło­sego, który widocz­nie miał nie­zły ubaw. Jed­nak widząc moje spoj­rze­nie, uśmiech odrazu mu zszedł z twa­rzy. Wła­śnie tak minął nam pierw­szy dzień w szkole. Na lek­cjach z uwagą słu­cha­łam nauczy­cieli, a na prze­rwach uni­ka­łam Mal­foya. Jestem jed­nak, zbyt pobłaż­liwa. Draco po raz kolejny pod­czas kola­cji bła­gał mnie, abym się zgo­dziła. – Cho­ciaż w tym sezo­nie! – odło­ży­łam wide­lec – Jak Ci się nie spodoba to zre­zy­gnu­jesz. – No niech Ci będzie. – wes­tchnę­łam. – Wie­dzia­łem, ze się zgo­dzisz! – wstał od stołu i z uśmie­chem oznaj­mił – W sobotę o siód­mej mamy tre­ning, nie spóź­nij się! Po tych sło­wach szybko opu­ścił pomiesz­cze­nie. Ja nato­miast pio­ru­no­wa­łam go wzro­kiem, aż nie znik­nął mi z pola widze­nia.


Część 1:
Bajka o Śmierci